Nadzieja Prymaka (Maliszewska), Knyszewicze

Tylko tutaj jesteśmy u siebie

To od niej zaczęła się moja fascynacja bieżeństwem. Dla pokolenia babci Nadzi było czasem wchodzenia w dorosłość, czymś formującym. Jak więc wpływało na jej los w dalszych latach?

Historia mojej babci Nadzi – Nadziei Prymaka z domu Maliszewska – spaja książkę „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”. W 1915 roku ma ona osiemnaście lat. Jest najmłodsza spośród siedmiorga rodzeństwa. Dwie z jej starszych sióstr umarły jeszcze przed bieżeństwem, zostawiając małe dzieci. Brat i inna siostra założyli już własne rodziny; rodzina brata zostanie w Sokółce; siostry – pojedzie do Rosji. Z rodzicami w bieżeństwo ruszy także trójka dorosłych dzieci: Michał, Olga i Nadzia. Ojciec Wasil umiera jeszcze po drodze, matka Anastazja oraz brat Michał podczas pobytu w Rosji. Na swoją ziemię wrócą tylko 2 najmłodsze siostry.

Ludzie z Knyszewicz starają się trzymać razem. Trafiają na północny Kaukaz, do stanicy Donskoje pod Stawropolem. Wspominać będą ten czas tak, jak większość bieżeńców: że zostali dobrze przyjęci, pracowali na roli u  miejscowych i żyli dostatnio. Wszystko zmieni sią po rewolucji. Wtedy zaczną myśleć o powrocie.

Babcia Nadzia w Donskoje wychodzi za mąż za chłopaka ze swojej wsi: Siarhieja Prymakę. W marcu 1921 roku rodzi się im córka Aleksandra (zwana w rodzinie Szurą). Wracają zimą 1921/22. Niespełna roczna Szura ledwo przeżywa podróż w nieogrzewanym pociągu. Na miejscu zastają  „hoły kamień”. Och dom jest spalony, wokół szaleje tyfus, nie ma co jeść.

***

Rodzina Nadzi jest liczna. Teściowa Anna Prymaka, kobieta jeszcze w sile wieku, mąż Siarhiej i czworo jego młodszego rodzeństwa, gdzie najmłodsza Luba ma dopiero 10 lat. Do tego Nadzia i (prawdopodobnie) jej niedosłysząca siostra Olga. Oraz roczna Szura. Zatrzymują się u sąsiadów-kuzynów, którzy nie wyjeżdżali. Ale nie jest łatwo pomieścić się ósemce osób z malutkim dzieckiem.

Siarhiej z braćmi starają się jak najszybciej postawić coś własnego. Ich ojciec, mój pradziadek Iwan, zanim umarł w 1913 roku, zdążył nauczyć ich stolarki. Zdobywają materiał, możliwe, że kupują stary spichlerz, sami budują malutką chatkę. Wynajmują się też jako majstrowie u innych. Jest więc biednie, ale nie głodują tak strasznie, jak wielu innych.

Rodzina się rozrasta. Rodzą się kolejno dzieci: Nina (1924), Wiera (1927), Olga( 1929), Wania i Wala (1933) i Luba (1936). Do 1934 roku wciąż nie uda im się postawić domu. Wciąż  mieszkają w swej malutkiej chatce.

***

Na początku lat 30. roku w Knyszewiczach zaczyna się komasacja gruntów. Ma scalić rozdrobnione gospodarstwa, gdzie na kilka hektarów składało się często 40-60 małych kawałeczków, zlikwidować szachownicę (tu mówiło się: pałoski, paski). Oraz trochę rozluźnić ciasną wiejską zabudowę. Wychowana w Knyszewiczach Wiera Sokołowska (rocznik 1928), wspomina: Przed komasacją było we wsi 120 zagród, bardzo gęsta zabudowa tam była. Gdyby np. wybuchał pożar, nie byłoby ratunku – spłonęłaby cała wieś.

Mieszkańcom władze proponują tzw. „wybudowanie” – zostawienie wsi i przeprowadzkę na kolonię; gdzie wcześniej były wioskowe ziemie, a teraz mają pojawić się gospodarstwa kolonistów. Dostaną więcej ziemi, niż mają dziś. I to w jednym kawałku wokół swojego gospodarstwa! Z łąka do wypasu zwierząt blisko domu.

U Prymaków zaczyna się dyskusja.  Siostry Siarhieja powychodziły za mąż i opuściły rodzinny dom. Gospodarzą on i dwaj bracia. Kusi ich wybudowa. Nadzię też – w ciasnym domu ma przecież szóstkę dzieci. Tylko babka Hanusia (tak mówiono na Annę) jest przeciwna.  – Mówiła: tam i warony nie choczuć lacieć (w wolnym tłumaczeniu: tam i wrony zawracają). Albo: wy młodzi to sobie pójdziecie do roboty, a ja co? Będę siedzieć w tym polu, jak dzik – wspominała ciocia Szura.

Decyzja jednak zapada. Swoją chatę w wiosce sprzedają, a na nowym siedlisku budują stodołę. To w niej zamieszkają na początku. Z opiłków stawiają chlew. I biorą się za dom. Wprowadzają się na zimę, choć nie jest jeszcze wykończony.  – Na początku  zimno tam było, jeszcze długo było klepisko – mówi ciocia Szura.

Wreszcie jest luźniej. Rodzina liczy 11 osób, wkrótce pojawi się siódme dziecko Nadzi i Siarhieja oraz żona brata Iwana i ich dzieci. Ale i gospodarstwo jest niemałe. Mieli razem 10 ha, po przebudowie dostali 30 ha. To nic, że słabe, głównie 5 a nawet 6 klasa. – Ludzie wzbogacili się na tej wybodowie – mówi Wiera Sokołowska –  Prymakowie tam i studnię własną  wykopali, i sad założyli, i pole z łąką mieli pod domem. Mikołaj, najmłodszy z braci, miał pasiekę, urządził stolarnię.

Ale wielu gospodarzy we wsi boi się wybudowy. Do dziś krążą opowieści o jednym, który się zgłosił, dostał kolonię i się nie przeprowadził. Codziennie  rano zaprzęgał konie, przywiązywał do fury krowy i jechał 4 km na łąkę i pole.

Z rozmów z najstarszymi ludźmi w okolicy wynika, że wszyscy „koloniści” byli w bieżeństwie. Nikt z tych, co nie wyjechali w 1915 roku, nie zdecydował się na przeprowadzkę.

***

Cerkiew parafialna Knyszewicz była w Samogródzie, w uroczysku 2-3 km od wsi. Gdy wracają z bieżeństwa, ich cerkiew jest jednak na zamknięta, przycerkiewna plebania stoi pusta. Wprawdzie ksiądz prawosławny zamieszkał tu w 1918 roku, ale na krótko. Gdy wrócił ks. Bazyli Iwaniuk, proboszcz z Szudziałowa, jego cerkiew była uszkodzona. Zatrzymał się więc w Samogródzie. Tu udzielał dwudziestu jeden ślubów, a w sąsiadującym z Szudziałowem Ostrowie Północnym – kolejnych dziewięciu.

Tworzące się Państwo Polskie pozwoliło jednak reaktywować tylko 4 spośród 11 przedwojennych parafii dekanatu sokólskiego: w Sokółce, Kuźnicy, Jacznie i Samogródzie. Wkrótce jednak z tego ostatniego parafię przeniesiona do Jurowlan; Samogród stał się filią, obsługiwaną przez proboszcza z Jurowlan tylko w wielkie święta. Gdy więc na początku 1922 roku wracają bieżeńcy, cerkiew jest zamknięta. Tak będzie – mówią miejscowi ludzie – do wybuchu wojny.

Cerkiew w Jurowlanach

– Ja urodziłam się już w Suchyniczach i chrzczona byłam w Jurowlanach, moja matka i babka do Jurowlan chodziły na nabożeństwa – wspominała Zinaida Sawoń (rocznik 1935) z pobliskiej Chmielewszyzny, po sąsiedzku z Knyszewiczami.  Także moi dziadkowie muszą więc chrzcić swoje dzieci w Jurowlanach.

***

Życie na kolonii – oprócz przestrzeni i pola blisko domu – dawało jeszcze jedną zaletę. Byli na uboczu. Przynajmniej początkowo tak się zdawało.

Po zajęciu tych ziem w 1939,  Sowieci w sąsiedniej wsi, Słoi, zrobili kołchoz. Najbiedniejsi chętnie do niego wstąpili; bogatszych Sowieci zmuszali różnymi sposobami.– Na lepszych gruntach kałchoźniki posiali trawę, a na bagnie pod Knyszewiczami  sadzili kartofle. Głód się zaczął – mówił kilka lat temu Jan Kałnaus z Knyszewicz, rocznik 1926. Na kolonii w tym czasie moi dziadkowie spokojnie gospodarzą.

Gdy w czerwcu 1941 roku przyszli Niemcy – do dziś starsi ludzie wspominają, że wtedy zaczęła się tu wojna – we wsi zdarzały się łapanki. Otaczano wieś i zabierano młodych ludzi, wysyłając ich do pracy. Na kolonii – nie.

Ale wkrótce to ubocze stanie się mniej bezpieczne niż wieś. Na tym terenie działa partyzantka sowiecka. Partyzanci przychodzą nocą do gospodarzy, proszą o jedzenie. Odludne gospodarstwa są dla nich wymarzone. Niemcy urządzają prowokacje – przebrani za partyzantów własowcy chodzą po domach i proszą o jedzenie. Jeśli ktoś daje, rozstrzeliwują całe rodziny. Strasznie było. Ziemia w dołach, do których ich zakopywali, się ruszała – wspominają miejscowi.

Jeden z nich pamięta, że taki los omal nie spotkał Prymaków. W dzień z lasu wyszła para partyzantów i przyszli, prosząc o jedzenie. W domu była tylko babcia Hanusia, zaczęła wyciągać chleb, mleko. Ale Siarhiej coś zauważył; wpadł do domu, wygonił partyzantów i nic nie dał. Potem okazało się, że to byli niemieccy prowokatorzy.

W lutym 1944 roku w jednym z gospodarstw pod wsią zamordowanych zostaje 4 braci i 2 „sowieckich bojców” (nie zostali się wycofać w 1941 roku) pracujących w pobliskim majątku.  Jak tam poszliśmy – po kostki krwi w domu było – słyszę od dzieciństwa te opowieści. Jeden z zabitych braci był mężem siostrzenicy babci Nadzi. Kto ich zabił? We wsi mówi się, że sowieccy partyzanci, z którymi początkowo bracia współpracowali, ale z czasem chcieli się wycofać. Śledztwo prowadzone w 1968 roku przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku kończy się wnioskiem, że to niemiecka zbrodnia, zgromadzone dokumenty nie świadczą jednak o tym.

I na wsi, i na kolonii rośnie lęk. Siarhiej i jego bracia starają się nie angażować, nie narażać się. Ale i ich rodzinę dosięga wojenna machina. Gdy zaczyna się wywożenie na roboty do Niemiec, wyznaczona zostaje ich Nina. Nadzia próbuje interweniować u sołtysa, prosić, błagać. Nic to nie daje. Odprowadza swoją córkę do Odelska, do ich gminy (dziś Odelsk leży na Białorusi).

Nina pisze listy – że jest jej dobrze, trafiła gdzieś na fermę drobiu na Prusach. Praca ciężka, ale jest przecież do tego przyzwyczajona. Wiele się tu nauczyła, pokaże im wszystko, jak wróci. Gdy jednak po wyzwoleniu robotnicy przymusowi po kolei wracają – z Knyszewicz (wsi i kolonii) zabrano 26 osób – jej  wciąż nie ma. W końcu ktoś mówi, że nadchodzi kolejna grupa, że coś wiedzą o Ninie. Nadzia wybiega im na spotkanie. Słyszy, że Nina wracała razem z nimi, ale po drodze zginęła z rąk sowieckiego żołnierza.  Rozpaczliwe wycie matki jej córki zapamiętają na zawsze.

***

Armia Czerwona przyszła do Knyszewicz latem 1944 roku. Wielkich bojów w okolicy nie było, ale gdy raz nadleciały samoloty, ziemia zadrżała. Jedna z okolicznych dziewczyn, która pasła wtedy krowy, z przestrachu ogłuchła. Ale front przyszedł szybko. Zamiast spokoju jednak pojawił się jeszcze większy strach.

– Przychodzili z bronią, w okna stukają. Musisz otworzyć. Zagonią wszystkich do pokoju, kilku pilnuje, a reszta chodzi po komorach i strychach – wspominały ciocie. – Mówili o sobie AK. Ale może gdzieś było i prawdziwe AK, ale u nas chodziło AK z workiem; Akcja Komora. Chodzili głównie do prawosławnych, mówili po polsku.

Wśród rabujących bywali sąsiedzi. Przychodzili zamaskowani, nie pozwalali zapalać lamp, ale i tak bywali rozpoznawani. – Do dziś widzę, jak stanął u nas w drzwiach z karabinem. Potem, gdy go widziałam już normalnie, truchlałam – wspominała szeptem jedna z cioć. Głośno o tym się wciąż nie mówi.

Raz, gdy przyszli, kazali Siarhiejowi zaprząc konia; na wóz załadowali  zrabowane rzeczy i kazali wieźć. Nadzia była pewna, że już męża nie zobaczy. Gdy jednak dojechali do lasów puszczy knyszyńskiej, Siarhiejowi kazali oddać lejce, zejść z wozu i iść do domu. – Tylko się nie oglądaj, bo zginiesz – zapowiedzieli.

Czasem atakowali dziewczyny. – Na Wielkanoc ludzie z kolonii szli grupkami przez pola do cerkwi na nocne nabożeństwo. Gdy szły dziewczyny, zaczepili je na górze tutaj, chcieli się nad nimi zbytkować. I one uciekły do Suchenicz, jakoś im się wyrwały. Jedną złapali, ale ona się im też w końcu wyrwała, przyleciała i stuka do nas w okno. A my siedzimy zamknięci, matka pokładła nas na podłodze pod łóżkami, gdyby zaczęli strzelać. Ojciec mówi przez okno: tam kupa chrustu, schowaj się. I ona się schowała. Za chwilę przybiegli, stukają w okno. Milczymy. Słyszymy – jeden do drugiego mówi – powiedz „Chrystos Woskres”, powinni odpowiedzieć. No i słyszymy – „Chrystos Woskres”. My milczymy, próbują kolejny raz i kolejny. Wiec któryś mówi: strzelaj!  Kulimy się pod łóżkami. Ale drugi mówi: To puste mieszkanie; szkoda kul. I tak ocaleliśmy, my i ta biedna dziewczyna z kolonii.

***

Jakiś czas po przejściu frontu, pojawili się w prawosławnych domach agitatorzy. Namawiali, by Białorusini (stosowano tu kryterium wyznaniowe) jechali na Białoruś na mocy polsko-sowieckiej umowy o wymianie ludności, obiecywano tam rajskie życie. – Ze wschodu jechali do Polski katolicy, dużo jechało, cała Sokółkę zajęli, kierowali ich na niemieckie ziemie – wspominają najstarsi.

Niewielka część ludzi decyduje się na wyjazd. Najbiedniejsi, którzy niewiele mieli do stracenia, wdowy z małymi dziećmi, ideowi komuniści i aktywiści z czasu sowieckiej władzy. Oraz ci najbardziej strachliwi i łatwowierni. Niektórzy zapisali się na wyjazd, ale ostatecznie się wycofali. Wielu powtarza, że byli już tam w czasie bieżeństwa i widzieli ten „sowiecki raj”. Nie wierzą agitatorom, nie chcą zostawiać swoich domów.

Prymakowie o wyjeździe nawet nie myślą. Tu są u siebie. Mają swoją ziemię i całkiem niezłe gospodarstwo. A tam – to pamiętają z bieżeństwa – będą obcymi. Zostają.

Nadzia umrze w swoim domu w 1982 roku, w wieku 86 lat. Jej mąż Siarhiej  w 1972 rok. Gospodarstwo przejmie ich syn Wania. Córki powychodzą za mąż do okolicznych wsi.

 

Projekt „Od bieżeństwa do wymiany ludności” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego

Reklamy