Doroteusz Fionik, etnograf, animator kultury białoruskiej, założyciel Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach

Mamy już swój epos

fionik1

Doroteusz Fionik, fot. z filmu „Siewca”

Gdy zaczynam zbierać materiały o bieżeństwie, często słyszę pytanie: a u Fionika już byłaś? Doroteusz Fionik bada historię Podlasia. Jest etnografem i lokalnym historykiem. Pisze monografie poszczególnych wsi, miasteczek, parafii prawosławnych, zawsze uwzględniając w nich czas bieżeństwa (wspólnie z o. Grzegorzem Sosną). W Studziwodach, dziś dzielnicy Bielska Podlaskiego, założył Muzeum Małej Ojczyzny, gdzie dokumentuje i kultywuje lokalne obyczaje i tradycje. Jest animatorem lokalnej kultury białoruskiej, prowadzi m.in. lekcje dla dzieci i młodzieży, wydaje kwartalnik „Bielski Hostinieć” oraz książki o tematyce regionalnej.

W 1995 roku był pomysłodawcą i współorganizatorem wystawy „Bieżeństwo – nieznany exodus 1915-1921” w bielskim Muzeum. Możliwe, że wtedy po raz pierwszy bieżeństwie wyszło spod wiejskich dachów i zaistniało publicznie.

Aneta Prymaka-Oniszk: Wystawy, spektakle, plener rzeźbiarski, konkurs na wspomnienia, wydawnictwa drukowane, inscenizacja historyczna… Bieżeństwo, o którym dotychczas nie wspominano poza domem i wsią, w 2015 rocznicowym roku bardzo mocno zaistniało w przestrzeni publicznej. Czy dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś nowego o bieżeństwie i o nas samych?

Doroteusz Fionik: Przede wszystkim tego, że my na Podlasiu mamy swój własny epos. W każdym narodzie istnieje taka potrzeba. A my tutaj takim narodem jesteśmy, choć socjologowie mogą to rozważać na własne sposoby i używać własnej terminologii. Okazało się, że prawosławna społeczność Podlasia ma potrzebę samoidentyfikacji. Potrzebuje mieć jakąś legendę, która połączyłaby wszystkich. Nie mogą to być powstania czy wojny, bo one nie były „nasze”, choć mnóstwo naszych ludzi w tych wojnach walczyło i ginęło. I w tym roku okazało się, że to właśnie bieżeństwo nas łączy, spaja naszą przeszłość we wspólny los, w jedną opowieść. Że to jest nasza historia. Tak powiedział nasz naród, uczestnicząc w wydarzeniach poświęconych bieżeństwu i tworząc kolejne.

Widać zresztą, że to dopiero początek. Ten epos wciąż się tworzy.

Dużo nam z tego bieżeństwa pozostało? Minęło przecież sto lat…

To dobre pytanie. Przekazaliśmy w tym roku pamięć bieżeństwa kolejnemu pokoleniu. Dla naszych dzieci to nie będzie taka osobista historia, jak dla nas. My wieczorami słuchaliśmy opowieści dziadków-bieżeńców, to był żywy temat. Nasze dzieci nie znają już bezpośrednich świadków. Jednak dzięki wydarzeniom związanym z obchodami setnej rocznicy, bardzo prawdopodobne, że będzie to historia im bliska. Proszę tylko zobaczyć, ile osób zaangażowało się w obchody; wzięło udział w konkursie „Jestem, bo wrócili”, w spektaklach, koncertach, obejrzało wystawy. To wiele tysięcy osób, tego się nie przeceni.

Za tymi działaniami stoi wiele środowisk i pojedynczych osób. Bieżeństwo nas zjednoczyło. I nie chodzi o to, że wszyscy rzucali się sobie w objęcia i mówili jednym głosem. Bywało, że podczas pracy ludzie się nie zgadzali, kłócili się, dzielili; to naturalne. Najważniejsze, że niezależnie od tych różnic, zebraliśmy się razem – wszyscy, którzy wokół bieżeństwa robią coś dobrego. To widać nawet na tej konferencji [„Bieżeństwo 1915 roku w historii i tradycji Białorusinów Podlasia”, zorganizowanej w Białymstoku przez Białoruskie Towarzystwo Historyczne, podczas której rozmawiamy – AP-O].

Czy taka akcja rocznicowa wystarczy, by ten epos dalej budować?

Z pewnością nie. Ten rok pokazał, że jest ogromna potrzeba różnorodnego omówienia bieżeństwa: historycznego, literackiego, artystycznego, może filmowego. Materiał, który odkrywają historycy, będzie służył w przyszłości artystom.

Wydarzenia związane z bieżeństwem nabrały takiego rozmachu, że nie da się już tego zwinąć; ten ruch będzie się dalej tylko rozwijać, pączkować. Młodzież, pokolenie wirtualne, będzie się tym dzielić, wrzucać na swoje profile, robić kolejne strony. To zasięg nieporównywalny z tym, co moje pokolenie zaczęło robić 20 lat temu. Wtedy nie dało się tego tak rozpowszechnić – na naszych działaniach wychowało się może kilka tysięcy osób. A dziś – mam wrażenie – wychowuje się co najmniej kilkadziesiąt tysięcy.

Gdy Twoje pokolenie dorastało, pamięć o bieżeństwie była na wsiach jeszcze żywa. Starsi ludzie zbierali się wieczorami i zaczynali opowiadać. Ale na papierze nie było nic. Nikt nie zajmował się tym naukowo, nie analizował.

Potrzeba, by spisywać i analizować, przyszła naturalnie. Na początku lat 90. wspólnie z ks. Grzegorzem Sosną zaczęliśmy przygotowywać monografie parafii prawosławnych. [W latach 1995-2008 ukazały się monografie Bielska Podlaskiego, Orli, Ryboł, Pasynek, Szczytów, Redutów i Szerniów oraz Łosinki – większość jest dostępna na portalu kamunikat.org – AP-O]. Pracowaliśmy w archiwach, rozmawialiśmy z najstarszymi ludźmi. Przy chronologicznym opisywaniu historii miejsc przychodził czas I wojny. I pytanie, o czym mamy pisać? Czy o działaniach wojennych, która toczyły się na tych ziemiach? Ale raczej nie dotyczyły one zwykłych ludzi; chyba, że żołnierzy. Czy o bieżeństwie, które dotknęło tutejszą ludność, ale działo się gdzie indziej; daleko w Rosji? Bardzo dużo o tym rozmawialiśmy. Zdecydowaliśmy, że w każdej monografii będzie rozdział „Bieżeństwo”: historia niemieckiej okupacji tych ziem, bo część ludzi w 1915 roku została tutaj, oraz bieżeństwo lokalnych mieszkańców.

Rozdział o bieżeństwie w monografii wsi czy parafii to na tamte czasy było bardzo dużo. O bieżeństwie w regionalnych wydawnictwach, czy przewodnikach najczęściej nie wspominano.

Bo bieżeństwa nie ma w historiografii polskiej. To jest zupełnie inna perspektywa i inna opowieść o tym czasie. W historii Polski jest zabór rosyjski, a zaraz potem odzyskanie niepodległości. A nasza historia jest inna. Czas przed bieżeństwem to wielka stabilizacja – 100 lat bez wojen. Nie licząc powstań; to nie były powstania naszych przodków, oni od powstań uciekali. Najważniejsze było zniesienie pańszczyzny i dalszy rozwój.

Po I wojnie to też inna opowieść. Nasi przodkowie wracają z bieżeństwa, wszystko jest spalone i muszą się odbudować. Polacy w większości nie pojechali w bieżeństwo, teraz żyją lepiej. Dodatkowo trzeba się dostosować do warunków dyktowanych przez polski rząd. Ludzie są zdezorientowani, nie rozumieją, dlaczego nasze państwo tak źle się odnosi do naszych potrzeb religijnych, dlaczego na nas tak źle patrzy? I taka sytuacja trwa przez całe międzywojnie. Ludzie czują się obywatelami drugiej kategorii. Owszem, to bez porównania z tym, co działo się wschodnią granicą, gdzie za religię zabijano. Ale myślę, że określenie wewnętrzne bieżeństwo jest w tym czasie właściwe dla Białorusinów z tego obszaru, także dla katolików Białorusinów, którzy się szybko spolonizowali i przejęli polską opowieść tego okresu.

W 1995 roku w Bielsku Podlaskim przygotowaliście wystawę Bieżeństwo – nieznany exodus 1915-1921. Wtedy pierwszy chyba raz obchodzona była rocznica bieżeństwa.

Wpadłem na pomysł tej wystawy, kiedy w 1994 r. eksternistycznie rozpocząłem naukę w Białoruskim Uniwersytecie Kultury w Mińsku. Moim wykładowcą archiwistyki był dr Wital Skałaban, autor hasła bieżeństwo w Wielkiej Encyklopedii Białorusi oraz innych artykułów o tej tematyce. To on polecił mi różne archiwa, wskazał materiały w białoruskich bibliotekach i muzeach. Pomysłem zorganizowania wystawy na 80-rocznicę bieżeństwa podzieliłem się z historykami Ireną Matus, autorką nieocenionej monografii o wsi Strzelce-Dawidowicze, Olegiem Łotyszonkiem oraz Aliną Dembowską, kierownikiem Muzeum w Bielsku Podlaskim. Tu właśnie, w grudniu 1995 r. miał miejsce wernisaż wystawy, połączony z wykładami, m. in. Witala Skałabana. Bielszczanie przyjęli wystawę w wielkim skupieniu. Na wernisażu byli jeszcze uczestnicy bieżeństwa, m.in. Zachariasz Szachowicz. Wystawę, która trwała do kwietnia 1996 r., odwiedziło ponad 2 tysiące osób.

Rok później zaczęły się letniki – obozy dla młodzieży, podczas których zapisywano wspomnienia najstarszych mieszkańców wsi. Pierwszy, w 1997 roku, odbył się w Wojszkach; potem w Hryniewiczach Wielkich, w Nowosadach, Dubiczach Cerkiewnych, Krasnowsi, Szastałach. W pierwszej kolejności szukaliśmy tych, co pamiętają bieżeństwo. Zdarzało nam się jeszcze spotkać ludzi z 1904, z 1907, 1909 roku. To najczęściej były bardzo żywe, silne i barwne wspomnienia. Ludzie pamiętali bieżeństwo oczami dziecka. Miejsca, gdzie byli, drogę powrotną i mocne epizody – np. jak czerwonoarmiści wrzucali białych do rzeki. Albo jak sami chodzili i żebrali po rewolucji.

To był ostatni moment, żeby coś zrobić w tym temacie. Opowieści zbierali także redaktorzy „Niwy”. Z tych wszystkich zebranych materiałów środowisko Niwy wydawało książkę ze wspomnieniami „Bieżanstwa 1915 hoda”.

Taki barwny, żywy przekaz bieżeństwa miałeś też w domu?

Tak. Opowiadała babcia ze strony mamy oraz jej brat, dziadek Jakub Kondratiuk; w jego domu dziś mieści się muzeum. Dziadek Jakub, który w bieżeństwie ukończył Wysszeje Naczalnoje Uczyliszcze w Zawiałowce guberni saratowskiej zostawił zapiski swojej historii. Przeczytam je w całości: „Привет от Якова Павловича Кондратюка двоюродного брата Устинии Ивановной Панасюк. Проживавшаго в селе Базарный Карабулак с 1915 года до 1920 года. Когда нас привезли в Ниеловку на вокзал, потом з Ниеловского вокзала перевезли в село Базарный Карабулак в трактир. Проживши в трактире недельку или больше мы подыскали квартиру идучи в Карабулак около родника у Халова. Не помню сколько месяцы проживали на квартире у Халова, помер мой отец, где остался почевать до сего дня. З начатiем ученiя в школе, я тоже пошол учится в школу в Завяловское двухкласное училище. Первые четыре года учил меня Андрей Алеексеевич. Потом я перешел в пятое отделенiе и тогда учили меня Алексеевич, Иван Адамович, Александр Яковлевич, (…). Жили мы на квартире у Халова, у Китова на верху идучи … по левую руку перед Халовым около речки, на против веровочника. Потом у Белова, где жил Андрей Алексеевич. Прошу вас пришлите мне фотографiю какой нибудь улицы, где я жил. Напишите мне в письме, кто еще живет из дома Халова, из дома Китова, из дома Полянина, из дома Белова…”.

Jakub Kondratiuk zapisał to, co doskonale pamiętał; urodził się w 1904 roku. Taka żywa opowieść ma ogromną siłę. Mogę porównać wpływ na mnie opowieści rodziny ze strony mamy, która żyła tu, w Studziwodach, i które miałem na co dzień i rodziny ze strony ojca spod Siemiatycz, z którą miałem rzadszy kontakt. Tego przekazu ze strony ojca dziś mi bardzo brakuje. Tato, urodzony w 1933 r., kiedy pytam go o bieżeństwo, mówi, że nigdy o nim od rodziców nie słyszał…

Dziś mamy już tylko te dalekie opowieści. Jak je przekazujesz młodym?

W tym roku nasze Stowarzyszenie tworzyło i współtworzyło wiele działań. Wspomnę tylko o obozie historycznym w Puchłach, którego plonem było wydanie „Bieżeńskiej Gazety”, plener rzeźbiarski w Dubiażynie czy plenerowe widowisko historyczne w Studziwodach w ramach Wojewódzkich Obchodów setnej rocznicy I wojny światowej. Moja żona Elżbieta stworzyła spektakl „Bieżeńcy i dzieci”. Występuje w nim kilkanaścioro dzieci z grupy „Antrakt”, od 6 do 16-latków. Podczas prób i występów oni wspaniale się przez teatr uczyli, przeżywali to po swojemu. I pewnie wielu ich rówieśników się czegoś nauczyło, oglądając to przestawienie. Spojrzało na bieżeństwo oczyma dzieci. To niezwykle cenne.

Więcej o działalności Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach oraz o organizowanych przez nie w setną rocznicę bieżeństwa wydarzeniach : https://web.facebook.com/studziwody/?fref=ts

logo

Projekt „Co nam zostało z bieżeństwa” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego

Reklamy