Sławomir Sawczuk, dziennikarz redakcji ukraińskiej Polskiego Radia Białystok

Tylko mniejszości były zainteresowane

slawomir_sawczuk3

Sławomir Sawczuk

W reportażu „Bieżeństwo Podlaszuków” o wydarzeniu sprzed 100 lat opowiadają jego uczestnicy. Sławomir Sawczuk zbierał ich relacje od drugiej połowy lat 90-tych, gdy zaczynał pracę w redakcji ukraińskiej Polskiego Radia Białystok. Wtedy, oprócz grupy pasjonatów z białoruskiej lub ukraińskiej społeczności, nikt szczególnie się tym tematem nie zajmował.

Z opowieści tych, którzy w bieżeństwo jechali jako młodzież lub dorośli, wyłania się obraz nieporównywalny do tego z zasłyszanych opowieści lub snutych przez tych, który w 1915 roku byli małymi dziećmi.

Aneta Prymaka-Oniszk: Czy zanim zacząłeś zbierać opowieści starszych ludzi o bieżeństwie, nasłuchałeś się wspomnień w swoim domu?

Sławomir Sawczuk: Niezupełnie. Jakoś nie złapałem momentu przed odejściem tych, którzy mogli mi coś opowiedzieć… Pamiętam tylko jedną opowieść babci ze strony ojca. Może dlatego, że było to dla mnie zaskoczeniem? W latach 70. w telewizji pokazywano sporo filmów o rewolucji. Wszyscy czerwoni byli w nich dobrzy i szlachetni. A tu babcia, która była w bieżeństwie, mówi, że jak przychodzili do wioski, to potem wszyscy płakali, tak dużo ludzi namordowali. Więc ja, mały chłopiec, który naoglądał się telewizji, pytam: Babciu, ale to biali przychodzili? A babcia: Nie, dziecko, to czerwoni mordowali… To jedyne, co mi z rodzinnej historii zostało.

Dziadka nie zapytałem, on był rocznik 1915, więc się gdzieś w bieżeństwie urodził.

Potem zaczęły się historie, które zbierałem dla radia.

To były lata 90. Ci, którzy pamiętali bieżeństwo, jeszcze żyli. Trudno było ich znaleźć?

Jechało się na wieś i pytało się ludzi, kto w okolicy jest najstarszy. Dość często udawało się znaleźć kogoś, kto opowiadał ciekawe historie z bieżeństwa. Cieszyłem się z tych spotkań; miałem wrażenie, że poprzez te opowieści sięgam do progu XX wieku…

Zauważyłem, że im opowiadający był starszy, im bardziej świadomie to bieżeństwo przeżył, tym bardziej opowieści były dramatyczne. Sprawdzała się reguła, że gdy coś znamy z drugiej ręki, albo pamiętamy z wczesnego dzieciństwa – wybielamy to, zapominamy o najgorszym.

Dzieci patrzą inaczej na rzeczywistość. Nie pamiętają trudów zdobywania jedzenia w zrewolucjonizowanej Rosji, bo zwykle nie było to ich zmartwienie. Mówią na przykład, że wtedy nauczyli się pływać w Wołdze, nad którą bawiły się z miejscowymi dziećmi…

Czasem zdarzały się wyjątki. Pamiętam opowieść Cyryla Rydza z Szerniów, który w 1915 roku był tak mały, że mama niosła go do tej Rosji na rękach. Miał typowe dziecięce wspomnienia, ale poddawał je refleksji. Większość ludzi po prostu opowiadała, co zapamiętali. On mówił: jadę pociągiem, mnie to fascynuje, bo mam te parę lat, jest taki fajny rytm, przyglądam się tym wszystkim śrubom, itp. Ale teraz – dodawał – uświadamiam sobie, jak to musiało być straszne. Bo ojciec zmarł w bieżeństwie, mama jedzie z gromadą małych dzieci gdzieś w nieznane i musi nas jakoś wykarmić. Dopiero teraz widzę, jaki to dla niej musiał być wysiłek, dramat, żebyśmy z głodu nie poumierali.

Pamiętam też wspomnienia Stepanidy Sośniuk, ona w 1915 roku sama szła obok wozu. Była chyba najstarszą z osób, które udało mi się nagrać. Jej wspomnienia są bardzo osobiste, dramatyczne, jej przeżycia nie były łatwe. Byli na Kubaniu albo nad Donem; matka miała ich gromadkę do wykarmienia; oddała ją za parobka do, być może, stundystów, którzy świętowali w sobotę.

Pamiętam z reportażu tę opowieść. Zwłaszcza końcówkę. Jest już jesień, zachodzi słońce, wszyscy już pognali bydło do domów, tylko ona w podartych łachmanach siedzi przy swoim stadzie. I widzi z daleka zbliżającą się postać. To matka, która szła cały dzień, by ją odnaleźć i zabrać do siebie. Pani Stepanida opowiada tak plastycznie, że można ten obrazek zobaczyć, poczuć to, co ona mogła czuć. Także potem, gdy pan wygania ją i matkę bez pieniędzy mówiąc: „Nie zadzieraj bieżenka, z bogaczem”…

Takie opowieści trudno już dziś nagrać.

Ostatnio znalazłem jeszcze dziadka, który 100 ma lat, przeżył bieżeństwo, ale niestety już nie jest zbyt komunikatywny.

Gdy zaczynałeś pracować w radiu w latach 90., czy słowo bieżeństwo padało między dziennikarzami? Czy było jakiekolwiek zainteresowanie tym tematem?

Tylko w redakcjach mniejszości, jako zainteresowanie swoją historią. Byli dziennikarze, którzy się tym szczególnie zajmowali. W redakcji białoruskiej pasjonatem bieżeństwa był Jurek Leszczyński, w ukraińskiej ja.

Nie było jednak zainteresowania poza mniejszościami. Dopiero teraz się ono pojawiło. Za sprawą obchodów setnej rocznicy bieżeństwo trafiło do ogólnego obiegu.

Czy temat bieżeństwa pojawia się, gdy teraz jeździsz po wsiach i rozmawiasz ze starszymi ludźmi, nagrywasz ich przy okazji różnych wydarzeń? Czy ludzie o tym wspominają?

Na wsiach nie bardzo. Oni tam żyją codziennością.

Pamięć przeniosło się do miast?

Z okazji 100 rocznicy wiele się w miastach o bieżeństwie mówiło, zobaczymy, jak będzie po rocznicy. Zresztą bieżeństwo to nie jest tylko historia naszych wsi, to wspólna historia żyjących na tych terenach ludzi.

Choć w opowieściach, które nagrywałem, oni mocno podkreślają, że to głównie „nasi” jechali. Polacy, szlachta zostawali. Podkreśla się, że skorzystali nawet na tym. Mówi się, że nawet domy tych, co wyjechali, były przenoszone. Człowiek z Husaków opowiadał mi, że jeden z jego wujków był bardzo zdolny i zrobił przed wojną piękne, charakterystyczne sanie, szytki, jak u nas mówiono. Gdy wrócił, ktoś podpowiedział mu, że jego sanie są u jakiegoś szlachcica. No i on poszedł, tamten pokazuje na stary dom – właśnie postawił sobie piękny nowy – i mówi: jak chcesz, to bierz dom za te sanie. Dziadek nie miał gdzie mieszkać, jego dom był spalony, więc chętnie się zgodził.

Na północnym Podlasiu, w okolicach Bielska i Hajnówki, część ludzi przyjęła tożsamość białoruską, część ukraińską. Czy to, że ktoś poszedł bardziej w stronę ukraińską, mogło mieć wpływ na przekaz dotyczący bieżeństwa?

Te tożsamości pojawiły się później, nie było ich w trakcie bieżeństwa. Doświadczenie bieżeństwa jest i dla jednych, i dla drugich takie samo. I pamięć jest taka sama. Wyjeżdżali prawosławni. Na północnym Podlasiu łączy nas doświadczenie historyczne. To była jedna gubernia grodzieńska, mieszkańców chłopów spotykał ten sam los.

Czasem może miejsce, w które ich przypadkowo wysyłano, mogło jakoś rzutować na późniejszą świadomość narodową? Ci, którzy trafiali na ziemie ukraińskie, odkrywali podobieństwo języka, kultury. A to był przecież czas rodzenia się świadomości narodowej.

Znasz takie historie?

W Kuraszewie pewien człowiek był na Ukrainie. Gdy stamtąd wrócił, mówił: nasz mowa ukraińska, bo tam tak rozmawiają.

Przywieziono też sporo piosenek ukraińskich. To są romanse, oraz trochę piosenek powszechnie uznawanych za ludowe, które w rzeczywistości są piosenkami do słów ukraińskich poetów. Np. Stoit hora wysokaja. One mogły tu trafić właśnie w czasie bieżeństwa.

Gdy jeździsz po Podlasiu i nagrywasz ludzi, spotykasz czasem w przestrzeni jakieś ślady bieżeństwa?

Tak, niewiele ich zostało, ale coś można jeszcze znaleźć. Na przykład w Łozicach koło Hajnówki widziałem krzyż w intencji tych, co wyjechali. Jak opowiadał mi mieszkający tam Roman Patejuk, ustawił go brat jego pradziadka, który jako jedyny ze wsi nie wyjechał. Nie żyło im się tu łatwo – nie nocowali w domu, bali się grasujących w okolicy bandytów. Mieli szałas w lesie, tam nocowali. Ale przez cały miesiąc strugał i rzeźbił krzyż, z intencja, żeby ci, co wyjechali, wrócili.

 

Audycja z archiwalnych nagrań bieżeńców:

http://www.radio.bialystok.pl/dumka/index/id/126384

http://www.radio.bialystok.pl/dumka/index/id/127223

Artykuł dotyczący związanych z bieżeństwem krzyży:

http://nadbuhom.pl/art_1864.html

logo

Projekt „Co nam zostało z bieżeństwa” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego

Reklamy