Wioleta Szymusiuk-Poreda, producentka spektaklu „Bieżeńcy”

Opowieść dziadka nareszcie została wysłuchana

wiola

Wioleta Szymusiuk-Poreda

Gdy Wioleta Szymusiuk-Poreda, producentka teatralna i aktorka, zaczyna pracę nad spektaklem „Bieżeńcy” w białostockim Teatrze Dramatycznym im. Aleksandra Węgierki, przypomina sobie o pamiętniku dziadka. Czy możliwe, że pisał o uchodźstwie 1915 roku? Czy sam mógł być bieżeńcem? Temat w rodzinie praktycznie nie istniał, Wiolecie coś się jednak przypomina, kojarzy.

Lektura zapisków dziadka rozwiewa wątpliwości. Urodzony w 1907 roku Józef Szymusiuk z Topolan opisuje swoje przeżycia z bieżeństwa 1915, w które pojechał z matką i dwójką rodzeństwa. Ojciec walczył wtedy na froncie, dołączył do rodziny w Orenburgu po rewolucji. Wkrótce jednak zmarł; w Rosji, oprócz ojca, Józef stracił młodszego brata. Po powrocie na rodzinną ziemię umarła też chora na gruźlicę siostra. Głodując i pracując ponad siły chłopak z matką odbudowują swoje życie. W spisanym pod koniec życia pamiętniku, nie kryje on wciąż żywych emocji.

Pamiętnik dziadka Wiolety jest jednym z niewielu (o ile nie jedynym) własnoręcznie spisanych przez bieżeńca-chłopa wspomnień z Białostocczyzny. Józef był katolikiem, jego uchodźczy los nie różni się jednak od tego, co przeżywali stanowiący większość bieżeńców prawosławni.

Aneta Prymaka-Oniszk: Pamiętnik dziadka jest bardzo przejmujący. Historia wciąga od pierwszych słów. Czy dziadek opowiadał wam tę historię?

Wioleta Szymusiuk-Poreda: On bardzo chciał opowiadać, ale nikt nie chciał słuchać. Nikt. Teraz, gdy o tym myślę, rozumiem dlaczego. To była smutna historia. I on opowiadał to w smutny sposób. Nie gawędził, nie wplatał anegdotek. Mówiąc, miał łzy w oczach.

Bieżeństwo wciąż dla niego było straszliwą tragedią, krzywdą?

Tak. Zaczynając opowieść, mówił: Opowiem wam moje ciężkie życie. I to była historia trudnego życia. Dziadek przeżył przecież I wojnę, tułaczkę w bieżeństwie, głód i pracę ponad siły po powrocie. Kiedy jakoś się podniósł, dorobił się czegoś, wybuchła II wojna. Po niej, gdy znowu jako-tako się pozbierali, był już starszym panem… Nie było czasu na radość, na szczęście.

Nam trudno było słuchać o tym męczeństwie. Zresztą część z nas była jeszcze dziećmi, a od 8-10 latka nie sposób wymagać zainteresowania.

Choć może niezupełnie? Wczoraj przeczytałam ten pamiętnik swemu 11-letniemu synowi. Oprócz tego, że ciągle przerywał, bo nie mógł zrozumieć rusycyzmów i słów z języka, którym mówiło się w Topolanach. I co? Ten dziadek pisał z takimi błędami? – dopytywał. Tłumaczyłam, że dziadek chodził do szkoły tylko przez 2 lata do szkoły, właśnie w bieżeństwie, w Orenburgu. Mimo tych trudności, wysłuchał całości. Gdy dochodziliśmy do tego, że dziadek został zatrzymany przez leśniczego za zbieranie chrustu w lesie i czekała go kara, aż zamierał ze strachu, że stanie się coś złego.

Może więc ja tego dziadka nie słuchałam także dlatego, że nikt mnie do tego nie zachęcał? To znaczyłoby, że rodzice też nie chcieli tego słuchać. Dziadek mówił mi czasem: dobrze, że ty tak szybko rośniesz, to ja ci wszystko podyktuję, ty będziesz spisywać… Ale to się nigdy nie stało, bo ja ciągle byłam za mała, a potem on umarł (w 1995 roku).

Dziadkowie mieszkali w Topolanach, wy w mieście. Może nie było przestrzeni do słuchania?

Długo z babcią mieszkali w Topolanach, potem przeprowadzili się do Białegostoku, kupili dom. Przez jakiś czas, może 4-5 lat, gdy byłam mała, mieszkaliśmy z nimi w tym domu. Ten w Topolanach został, czasem tam jeździliśmy. Potem, gdy spaliła się tamtejsza cerkiew, dziadkowie – nie wiem, użyczyli czy wynajęli – go tamtejszemu batiuszce. Potem go sprzedaliśmy.

Historią i opowieściami z przeszłości jakoś nikt się wtedy szczególnie nie zajmował. To był chyba taki czas – dorabiania się, awansu społecznego, troski o zabezpieczenie materialnych potrzeb. Pamiętam, ile energii pochłonęło rodzicom zdobycie mieszkania w bloku, z wodą, toaletą w domu. Dom, który kupili dziadkowie, choć w Białymstoku, był stary, z toaletą na zewnątrz, trzeba było palić w piecu, pompować wodę.

Zanim zaczęłaś pracę nad spektaklem „Bieżeńcy”, nie czytałaś tego pamiętnika. Co o nim wiedziałaś?

Że istnieje. Kilka lat po śmierci dziadka mój tata w każde święta rozkładał mapę i pokazywał nam, gdzie jest Orenburg. Ja wam pokażę, bo z pamiętników ojca wynotowałem, gdzie on dotarł – mówił.

A czy słowo bieżeństwo przy tej okazji padało? Znałaś je?

Nie. Mnie ono nic nie mówiło. Jak spotkałam się z Agnieszką Korytkowską-Mazur, reżyserką spektaklu „Bieżeńcy” i ona zaproponowała mi przy nim pracę, zaczęło mi się kojarzyć z dziadkiem. Nie mogłam się doliczyć. 1915 rok to przecież sto lat temu, czy on już wtedy żył? Przeczuwałam, że w pamiętniku opisuje on właśnie to bieżeństwo, ale na spotkaniu się nie zdradziłam, za mało wiedziałam. Gdy wróciłam do domu, natychmiast zadzwoniłam do taty. Przez telefon odczytał mi ten pamiętnik. Wieczorem usiadłam do internetu, znalazłam stronę biezenstwo.pl. Wszystko mi się poskładało.

str.1_1str.2_2str.3_3

Tata pielęgnował te pamiętniki?

Tak. Może miał trochę wyrzuty sumienia, że nigdy swego ojca nie wysłuchał, że nas nie zainteresował, nie skłonił, żebyśmy go wysłuchali…

Czy dziadek spisał także swoje późniejsze dzieje?

Oprócz bieżeństwa, znalazłam kawałek późniejszy, o zakupie ziemi w roku 1938, ale o wiele skromniejszy i mniej emocjonalny.

Pamiętnik jest przejmujący, napisany sprawnie. Nie czuć w nim martyrologii.

Też mnie to zaskoczyła. Dziadka pamiętam, jak wciąż ma łzy w oczach. I że coś robi. On przez całe życie ciężko pracował, nie umiał siedzieć bezczynnie, nawet gdy już nie musiał nic robić. Do podobnego życia przygotowywał swoich trzech synów. Budził ich jeszcze gdy było ciemku, by coś robić, nawet gdy nie było takiej potrzeby. Chciał dać im tę siłę, która on musiał mieć, by przetrwać w tych trudnych czasach.

Jego żona, babcia, była inna. Pochodziła z Leonowicz, koło Jałówki, niedaleko od Topolan, jej rodzina jednak w bieżeństwo nie pojechała. Do końca cieszyła się życiem. Nawet gdy była bardzo chora i obolała, potrafiła się uśmiechnąć. Jej opowieści tez były jasne, nie było w nich tego cierpienia, co u dziadka.

W jakim języku na co dzień rozmawiali?

W języku dla mnie niezrozumiałym. Nie był to polski, nie był rosyjski… Swojski, tamtejszy.

Mówili pewnie po prostu, w dialekcie języka białoruskiego; tak do dziś mówi się na tamtych terenach.

Tak rozmawiali przez cały czas. Jako dziecko myślałam, że oni żartują, że się wygłupiają, dlatego tak mówią. Babcia umiała przechodzić między językami i do nas mówiła po polsku; dziadek nie bardzo. Białystok nic nie zmienił, on praktycznie po polsku nie rozmawiał. Dlatego czytając te pamiętniki, które pisze po polsku, jestem pod wrażeniem, jak dobrze sobie poradził.

Babcia przed ślubem z dziadkiem była prawosławna. Gdy zdecydowali się pobrać z dziadkiem, poszli do cerkwi. I strasznie się pokłócili z batiuszką w czasie tej rozmowy. Nie wiem, o co chodziło, ale jak wyszli, stwierdzili, że pójdą obok, do księdza. I poszli.

Pokazuje też pewną przypadkowość i spore splątanie wyznań i kultur na Białostocczyźnie. Gdyby się ta rozmowa z batiuszką inaczej potoczyła, może ty byłabyś dziś prawosławna? Ciekawe, czy miałoby to wpływ na przekazywanie pamięci bieżeństwa?

Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że dziś mam ogromny żal, że dopiero teraz odkrywam swoja historię, bo nikt mi jej nie przekazał. To przecież ważne. Dlatego tacy jesteśmy, że coś przeżyliśmy. Że nasi przodkowie coś przeżyli.

Teraz, gdy już nie bardzo jest kogo pytać, ja dopiero te historię odkrywam…

I tak jesteś w świetnej sytuacji. Masz spisany autentyczny materiał. Mało kto z potomków bieżeńców ma dziś taki luksus.

To prawda. To wielka sprawa, że dziadek się jednak zebrał i spisał, jak umiał. Przekaz ustny szybko się zatraca. Żałuję jednak, że nie słuchałam tego dziadka, bo w jego opowieściach pewnie było więcej niż zapisał w pamiętniku. Choć nie wiem, co bym zapamiętała, jako kilkuletnie dziecko…

Ty szukasz, ale weszłaś w to niejako zawodowo. A jak reszta rodziny przyjmuje tę historię?

Mój tata jest bardzo poruszony – chodzi na spotkania o bieżeństwie, przepisał te pamiętniki, przekazał je dalej, ma mapę z zaznaczonymi miejscami. Może warto do tego Orenburga się z tatą wybrać? Nie zobaczymy tego, co widział dziadek, ale odwiedzenie tych miejsc byłoby bardzo ciekawe.

Dla mnie najmocniejszym chyba przeżyciem było to, gdy na koniec spektaklu „Bieżeńcy. Exodus” na stacji w Łapach aktorzy czytali fragmenty wspomnień bieżeńców. Sławek Popławski czytał fragment pamiętników mojego dziadka. Akurat w momencie, gdy on zaczynał czytać, odnalazłam w tłumie widzów mojego tatę i staliśmy razem. Tata od razu poznał słowa dziadka, od pierwszego zdania. Obydwoje słuchaliśmy wzruszeni. Wspomnienia dziadka, tak jak on je spisał, zabrzmiały na spektaklu, wszyscy ich wysłuchali.

Wreszcie ktoś wysłuchał historii dziadka, który tak chciał opowiadać, ale nie miał komu…

Tak, ponad 500 osób, nie licząc aktorów, statystów. Poza tym Marcin Tomkiel zamieścił je w swojej książce o bitwie pod Bielskiem, wydawnictwo „Niwa” – w drugim wydaniu wspomnień bieżeńców.

Urodziłaś się w Łomży, wychowałaś w Białymstoku, teraz mieszkasz w Warszawie. Zastanawiam się, jak pamięć o bieżeńskiej przeszłości będzie funkcjonować w twoje rodzinie? To kawałek kultury, która jest bardzo odległa dla twego 11-letniego syna…

Przez to, że mnie to ominęło, chciałabym, żeby mego dziecka nie ominęło. On dopiero wczoraj to usłyszał po raz pierwszy, poczuł język, kulturę. Przeczytam mu ten pamiętnik jeszcze raz za rok, może za dwa lata, zobaczymy, jak wtedy będzie to odbierał. Myślę, że jeszcze duże wrażenie zrobi na nim to, gdy dziadek, mój ojciec, z którym jest bardzo związany, zacznie mu opowiadać. On jest mocno zanurzony w tamtejszej kulturze; zna prawosławne modlitwy, potrafi śpiewać prawosławne kolędy.

Dla mnie ta historia stała się teraz niesłychanie ważna. I myślę, że to przez te pamiętniki. To, że jest to spisane, i to ręką mojego dziadka, ma ogromne znaczenie. Gdyby to była tylko opowieść, chyba nie byłoby to takie silne.

logo

Projekt „Co nam zostało z bieżeństwa” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego