Agnieszka Korytkowska-Mazur, dyrektor Teatru Dramatycznego w Białymstoku, reżyserka spektaklu „Bieżeńcy”

Poraziła mnie własna niewiedza

Agnieszka_Korytkowska_Mazur_2

Agnieszka Korytkowska-Mazur

Po tym, gdy w 2012 roku wygrała konkurs na dyrektora Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, w jego repertuarze zaczęły pojawiać się tematy dotyczące styku kultur i narodów. I to nie w postaci modnego na Podlasiu sielskiego obrazka, że wszyscy, mimo różnic, się kochają i po kolei obchodzą święta każdego z wyznań. Agnieszka Korytkowska-Mazur wzięła się za trudne współistnienie, za pełną bolesnych miejsc historię wzajemnych relacji. W reżyserowanych przez siebie sztukach zajmowała się czasem II wojny („Sońka”) i lat powojennych („Antyhona”). Aktualnie zajmuje się bieżeństwem.

W sierpniu odbyła się pierwsza część planowanego dyptyku: „Bieżeńcy. Exodus”, na grudzień zapowiadana jest premiera drugiej części: „Bieżeńcy. Panichida”.

Aneta Prymaka-Oniszk: Przed przyjazdem do Białegostoku nie znałaś terminu bieżeństwo i całej historii z nim związanej. Co zainteresowało cię w nim na tyle, by zrobić sztukę, i to dyptyk?

Agnieszka Korytkowska-Mazur: Wprawdzie też przyjechałam z Podlasia, ale to trochę inne miejsce. Urodziłam się w Warszawie, potem mieszkałam w Łomży i choć miałam rodzinę w Białymstoku, nie znałam dobrze tych ziem. U nas mówiło się o trochę innych sprawach, inne historie opowiadało się w rodzinach. Łomża zawsze czuła się bliżej Mazowsza niż tego Podlasia z Białymstokiem; nawet był widoczny lokalny rodzaj wzajemnego ostracyzmu… W Łomży nie było wielokulturowości, nie miałam kolegów innego wyznania czy narodowości.

Tych różnic we wzajemnych codziennych relacjach zaczęłam doświadczać w 2012 roku, gdy przyjechałam do Białegostoku. Ale ta tutejsza wielokulturowość pięknie wygląda głównie w folderach turystycznych. Gdy znalazłam się w środku, zobaczyłam, że sznury wzajemnych relacji są tu szczególnie napięte. Nieporozumienia, które w przestrzeni „normalnego dialogu” nie powodują konfliktów, tu rodzą gigantyczne problemy. Gdy społeczeństwo otwarte jest na wyjaśnianie i nazywanie aspektów współistnienia w różnych przestrzeniach historycznych, do takich sytuacji raczej nie dochodzi. A w tym kotle wrze i to wrzenie czuje się gdzieś pod spodem.

Zaczęłam zadawać proste, wydawałoby się, pytania: co jest swojskie, co obce? dlaczego tak irytuje to, co obce? co znaczy, że ktoś kogoś tu toleruje? Trafiłam do ludzi, którzy próbują te procesy nazywać, wydobywać na światło dzienne. Jeździłam na kongresy do Krzysztofa Czyżewskiego [współtwórca Ośrodka Pogranicze – sztuk, kultur, narodów w Sejnach – A.P-O.] w Krasnogrudzie. Spotkałam Pawła Grzesia [rozmowa z nim: https://biezenstwo.pl/co-nam-zostalo-z-biezenstwa/pawel-grzes-artysta-fotograf-z-grodka/], dzięki niemu poznałam Leona Tarasewicza. Zaczęłam się przyglądać tej części Podlasia. Oni byli tutejsi, ja byłam stamtąd. Te dwa punkty widzenia pobudzały się wzajemnie. Na tej fali powstała „Antyhona” – historia z 1947 roku inspirowana antyczną tragedią Sofoklesa. Opowiada o powstawaniu granicy polsko-sowieckiej: kilku facetów siedzi przy stole i palcem kreśli na mapie linię, a kilka dni później do przygranicznych wiosek i miasteczek wjeżdżają czołgi i dokonują spustoszenia w życiu realnych ludzi.

I to był pierwszy moment. Zaczęliśmy się zastanawiać nad procesami, które zapoczątkowały II wojnę światową i okazało się, że w ogóle o tym nie mówimy. Tu, na Podlasiu, jak i w całej Polsce. Tej poprzedniej wojny, pierwszej, w powszechnej świadomości prawie w ogóle nie ma; to temat zupełnie nie przepracowany. Zaczęłam o tej zapomnianej wojnie rozmawiać z ludźmi. I nagle usłyszałam hasło „bieżeństwo”, ukonstytuowaną nazwę procesu historycznego, o którym nic nie wiem. Potem zobaczyłam liczby. Około 1,5 miliona ludzi z tych terenów, w sumie ponad 3 miliony! Poraziła mnie moja niewiedza.

Agnieszka_Korytkowska_Mazur3

Agnieszka Korytkowska-Mazur podczas pracy nad spektaklem „Bieżeńcy. Exodus”.

Na zachód od Białegostoku, zresztą w samym mieście też, wiele osób o bieżeństwie nic nie wie. Co cię tak poraziło?

To, że nic nie wiem o milionach ludzi, którzy wyemigrowali z tamtej przestrzeni. Nawet jeśli przyjmiemy, że ta liczba objęła obszar między Wisłą a terenami dzisiejszej Białorusi, to jest to ogromny exodus. To musiało wpływać na późniejsze relacje na tym terenie. Ci ludzie przecież wracali, często już z poczuciem krzywdy, byli biedni i słabi. Trafiali na miejscowe zależności. Ktoś miał las, oni szli nazbierać chrustu, by nie zamarznąć, ten ktoś ich łapał, karał, poniżał. Z drugiej strony wracali bogatsi o doświadczenia życia w innej przestrzeni geograficznej, z nowymi umiejętnościami, z wiedzą o nowościach technicznych. Na tym tle rodził się ogromny wzajemny ostracyzm. Na zazdrości i zadrach wybuchło wiele konfliktów i wojen. Wracający znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Ich cerkwie były spalone, czasem zabrane. Usłyszałam, że jedyną cerkwią, jaka w tym czasie była tu budowana, była ta wznoszona przez proroka Ilję w Grzybowszczyźnie. Przecież znałam tę postać i całą historię sekty z Wierszalina od Tadeusza Słobodzianka. Ale w historii opowiadanej przez Słobodzianka nie było nic o bieżeństwie. A bez tego przecież trudno zrozumieć proroka Ilję.

O wpływie bieżeństwa na proroka Ilję i na jego wyznawców świetnie pisze Włodzimierz Pawluczuk w jego „Wierszalinie. Reportażu o końcu świata”…

Tak. Ale ja to przeczytałam, gdy już trochę wiedziałam o bieżeństwie…

Ten temat zaczął mnie wciągać. Dlaczego wyjeżdżali? Czego się bali? Co myśleli wychodząc z domu? Co wtedy mieli na sobie? Co ze sobą zabierali? Co zostawiali? Jak jechali? Gdzie się załatwiali? Co mówili dzieciom? Jak sobie to wszystko tłumaczyli? Pojawiły się te wszystkie te pytania, które są związane z moim zawodem. Chodziły za mną wszędzie, śniły się w nocy. I zaczęłam nimi żyć. Uruchomiła się przestrzeń, ci ludzie zaczęli domagać się głosu. Pojawiła się myśl, by zrobić o tym spektakl.

Potem wszystko już samo się układało. Opowiadałam znajomemu o bieżeństwie, on powiedział mi o tobie, o twojej stronie, i że wkrótce będzie spotykanie w Warszawie na Pradze…

W klubokawiarni KiciaKocia, w czerwcu 2014 roku….

Opowiadałaś historię o matce, która zgubiła swoje dziecko w lesie i chora wylądowała w szpitalu polowym. I że w nocy przywieźli chore dzieci i rozmieścili na łóżkach kobiet, bo nie było już gdzie ich położyć. I ona rano budząc się zobaczyła obok swoje dziecko. To był chyba ten pierwszy raz, gdy weszłam w skórę konkretnej bieżenki, poczułam jej emocje…

Potem, gdy pracowaliśmy nad spektaklem „Bieżeńcy. Exodus”, producentka Wiola Szymusiuk-Poreda przypomniała któregoś dnia, że ma w domu zapiski dziadka, rodzaj wspomnień. Nikt tego nie czytał, nie rozumiał, co dziadek opisuje. No i Wiola to przyniosła. Czytała na głos, to był silny moment. Historia bieżeństwa prababci i dziadka z Topolan pod Michałowem. Momentami tragiczna. W Rosji, pod Orenburgiem, umiera jego ojciec. Matka podejmuje decyzję o powrocie, choć dzieci wolały zostać. Na swojej ziemi żyło im się bardzo ciężko…

Nie znałyście tego wcześniej? Nigdy nie słyszałyście tych opowieści od dziadka?

– Może i słyszałyśmy, ale oni zwykle zaczynali coś opowiadać po alkoholu. I dorośli, którzy znali te historie na pamięć, zaczynali ich uciszać. A dla nas, dzieci, było to niezrozumiałe. A dziś nie można już o nic dopytać, bo tych ludzi po prostu nie ma.

Zaczęłam sobie przypominać spotkania z dziadkiem Wioli, myśleć, jak jego doświadczenie bieżeństwa mogło na mnie wpłynąć, co nam z niego przekazał. Mam wrażenie, ze takie – wydawałoby się, przypadkowe – opowieści i słowa, mogą mocno zaważyć na życiu, ukształtować późniejsze wybory. Ja np. do dziś pamiętam historię opowiadaną przez moją babcię, jak podczas II wojny światowej uciekała z trzema małymi córkami z okupowanego miasta. Pchają wypakowany jedzeniem wózek dziecięcy. Ale tuż przed wyjściem korzystając z nieuwagi matki dziewczynki – trzy-, pięcio- i siedmiolatka – wypakowują jedzenie i wkładają tam swoje lalki. Gdy dochodzą do lasu i dzieci są strasznie głodne, babcia odkrywa plandekę i zamiast jedzenia widzi lalki dziecięce. Tyle lat minęło, a ja wciąż pamiętam to odkrycie plandeki u wózka. To doświadczenie bardzo wpływa na to, co przekazuję moim córkom.

Ta historia nie mówi o bieżeństwie, ale dotyczy tych samych ekstremalnych emocji. Tego samego strachu…

Czy w bieżeństwie można zobaczyć historię uniwersalną?

Tak, zwłaszcza teraz, wobec napływu uchodźców do Europy. Bieżeństwo 1915 roku mogłoby być takim know-how dla Europy. Przecież gdy się patrzy na te zdjęcia współczesnych uchodźców z Syrii i bieżeńców, to gdyby nie inne ziarno, kolor i ubrania ludzi, można by pomyśleć, że to są te same fotografie, co w 1915 roku.

Na pewno widać ten sam strach w wielu oczach…

Tak, te same emocje. I pytanie, które muszą sobie zadawać: gdzie jest ta ziemia obiecana? Ta, z której wychodzimy, czy ta, do której zmierzamy?

Myślisz, że znajomość historii bieżeństwa może wpływać na myślenie o współczesnych uchodźcach, chociażby z Syrii?

Na pewno może pomóc odpowiedzieć na pytanie: jaki masz stosunek do tych uchodźców? Dziś mamy inne uwarunkowania historyczne, ale przecież mechanizmy są te same. Mnie temat bieżeństwa wyczulił na ten problem i każe być bardziej ostrożną w ocenach, uczy wnikliwego spojrzenia. Dużo trudniej być pochopnym.

Teraz, pewnie trochę dzięki setnej rocznicy, temat bieżeństwa pojawił się w przestrzeni publicznej. Po raz pierwszy od stu lat. Myślisz, że to coś zmienia w lokalnej historii?

W poszczególnych ludziach może tak. Wolontariusze i statyści, którzy brali udział w „Bieżeństwie. Exodusie” mówili, że to historie ich babć czy dziadków, z reguły zaniechane i niedokończone. Ci ludzie opowiadali często historię swoich przodków, i w tym dużo żalu, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie.

Nie czuję jednak, by stulecie bieżeństwa sprowokowało większą dyskusję w Białymstoku o tym procesie i jego następstwach. Powstało kilka wystaw, wydawnictw, albumów ze zdjęciami, ale ja ciągle słyszę pytanie: co to jest bieżeństwo? gdy mówię, że robimy spektakl o uchodźcach z 1915 roku.

Jak pytają, to dobrze. Ale czy chcą się dowiedzieć?

W Białymstoku – niekoniecznie. Tu ciągle jest utrwalone, że to historia nie-naszych, historia ruska. Gdy w plenerze robiliśmy spektakl „Bieżeństwo. Exodus”, czasem podchodzili do nas ludzie i pytali – a czy to naszych brali, czy to brali ruskich? Podział na „my-oni”, „nasze-ich” jest na stałe wpisany w Podlasie.

Więcej  o spektaklu „Bieżeńcy”: http://dramatyczny.pl/spektakl/biezency-exodus/; http://dramatyczny.pl/spektakl/biezency-panichida/

logo

Projekt „Co nam zostało z bieżeństwa” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego

Reklamy