Tomasz Sulima, dziennikarz, etnograf, działacz białoruskiej mniejszości, radny w Bielsku Podlaskim

Bieżeństwo to wspólnota pamięci

tomek_sulima

Tomasz Sulima

W Krywiatyczach, z których pochodzi jego rodzina, Tomasz Sulima ustawił bieżeńcom krzyż. „Po stu latach od tych wydarzeń chciałbym przywrócić pamięć o ludziach rzuconych w wir historii i uczcić ich imiona modlitwą” – napisał na stronie wydarzenia.

Wcześniej w Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach współorganizował m.in.  inscenizację historyczną bitwy o Bielsk i wyjazdu w bieżeństwo. Z grupą skupionej wokół Muzeum młodzieży pracował nad wydaniem „Bieżeńskiej Gazety” (II nagroda w konkursie „Jestem, bo wrócili. Przywracanie pamięci w setną rocznicę bieżeństwa”).

W mediach i na portalach internetowych pisze m.in. o historii podlaskich Białorusinów i jej wpływie na dzisiejsze Podlasie.

Aneta Prymaka-Oniszk: Gdy rozmawialiśmy ponad rok temu, przed rozpoczęciem obchodów setnej rocznicy bieżeństwa, mówiłeś: Prawda jest taka, że w moim pokoleniu niewiele osób kojarzy już ten termin. Temat bieżeństwa był żywy nie w naszych domach i nie w domach naszych rodziców, ale u naszych dziadków. Pokoleniowy przekaz się zerwał”. Czy rocznicowe wydarzenia, które i Ty współorganizowałeś, coś tu zmieniły?

Tomasz Sulima: Rzeczywiście słowo „bieżeństwo” przez rok było lokalnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Tu, na Podlasiu, mówiło się o nim w cerkwi, w rodzinie, wiele imprez i spotkań nawiązywało do setnej rocznicy. Używaliśmy tego określenia starannie, to było słowo-klucz otwierające naszą wspólnotowość na historię, której nie „zagospodarował” do dzisiaj żaden naród. Myślę, że dla szerokiej masy prawosławnych temat był wielkim odkryciem.

Jednocześnie niewiele osób chciało mówić o przodkach jak o uchodźcach, by rodzinnych historii nie wpisywać w kontekst aktualnych wydarzeń na naszym kontynencie. A właściwie historia, nie wchodząc w detale, po stu latach znów się powtarza.

Dlaczego ludzie nie chcą wpisywać tego w kontekst uchodźców?

Nie chcemy łączenia historii sprzed 100 lat z bieżącymi doniesieniami z mediów, tym bardziej jeżeli padają w kontekście kontrowersji związanych z imigrantami.

Mam wrażenie, że bieżeństwo ma być naszym ekskluzywnym mitem. To nie jest uchodźstwo, jakich w historii było wiele, zwłaszcza w roku 2015. Nie spotkałem się zresztą z określeniem „uchodźstwo roku 1915” nawet wśród prawosławnych Polaków.

Mówimy „bieżeństwo”…

To słowo nie występuje w języku polskim, pochodzi z rosyjskiego, ale dzisiaj brzmi już coraz bardziej swojsko i dosyć intymnie. Warto wspomnieć tegoroczną wizytę prezydenta Dudy na górze Grabarce, kiedy mówił o bieżeństwie czy też otwarcie wystawy poświęconej bieżeństwu w polskim parlamencie.

Oczywiście pojawiały się różne akcenty, w zależności od interpretacji wydarzeń sprzed stu lat. Przeważała narracja o wielkiej tragedii oraz witalnej sile naszej społeczności, która w większości wróciła i odrodziła się, dzięki czemu tu jesteśmy. Były też głosy, które zaliczały bieżeńców do grona Sybiraków, wysłanych przymusowo w tułaczkę w wyniku realizacji wojennej taktyki spalonej ziemi.

Mam dużą satysfakcję z wojewódzkich obchodów I wojny światowej, które gościły w Studziwodach. Rekonstrukcję wyjazdu w bieżeństwo oraz bitwy o Bielsk obejrzało kilka tysięcy osób. To przykład żywej historii. Tej małej, lokalnej, o której nie piszą w podręcznikach, wydawnictwach historycznych czy też biuletynach IPN.

Dlaczego bieżeństwo jest tak ważne dla żyjącej w Polsce mniejszości białoruskiej?

Z kilku powodów . Bo przecież bieżeństwo w naszej lokalnej historii to najważniejsze wydarzenie XX wieku. W latach 90. uczestniczyłem w obozach organizowanych przez Doroteusza Fionika, zbieraliśmy relacje najstarszych ludzi, w dużej mierze dotyczyły one bieżeństwa. Po wielu rozmowach z ludźmi, którzy to przeżyli, jestem tego pewien. II wojna też jest ważna – w pamięci ludzi dziś żyjących to największa trauma: aresztowania, wywózki, działające w lasach bandy. Ale gdy kilkanaście lat temu rozmawiało się z ludźmi, którzy przeżyli i jedno i drugie, to dla nich bezsprzecznie najważniejsze było bieżeństwo. To był najważniejszy punkt odniesienia; czas dzielił się na przed bieżeństwem i po bieżeństwie.

Pamięć o bieżeństwie sprawia, że jesteśmy wspólnotą. Bliski jest mi pogląd, że głównym czynnikiem konstytuującym naród jest wspólna pamięć. I nie chodzi o tę obowiązująca historię z podręczników, ale o to, co przekazuje się w rodzinie, co jest bliskie sercu, wewnętrznie uznawane jako ta najbliższa historia.

Weźmy taką sytuację. Jadę do Motola w okolicy Janowa Poleskiego, to Polesie Białoruskie. Rozmawiam z tamtejszymi ludźmi o różnych rzeczach, np. że tam się urodził Chaim Weizmann, pierwszy prezydent Izraela. W pewnym momencie pojawia się temat bieżeństwa. Rodzina rozmówcy była pod Samarą. Moja też. Jak to? Zaczynamy wspominać, wymieniać się opowieściami. Rozumiemy się niemal bez słów. Okazuje się, że choć dzieli nas 300 km, nasza historia jest wspólna. Przez tę jednostkową pamięć rodzinną stajemy się wspólnotą pamięci. Ten, kto bieżeństwa w rodzinie nie doświadczył, tego nie zrozumie. I nie da się tej historii włączyć w narrację o Sybirakach – Polakach przymusowo wysiedlonych w głąb Rosji, bo to różne perspektywy.

Jeśli z drugiej strony wezmę historię swoją, człowieka spod Bielska Podlaskiego i kogoś spod Brańska, to choć dzieli nas tylko 30 kilometrów, nasza wspólna historia nie istnieje. Mamy krańcowo różne doświadczenia historyczne: stosunek do polskich powstań, do unii brzeskiej. On opowiada o Legionach, a ja o bieżeństwie. On o Janie Pawle II, a ja, że jego pielgrzymki nie zmieniły mego życia. Wojna polsko-bolszewicka to też nie jest historia mojej rodziny. Dużo bardziej bije mi serce, gdy jestem gdzieś na Polesiu i wchodzę do starego domu i tam wszystko jest tak, jak w domu mojego dziadka. Sień, piec, święty kąt.

To pamięć historyczna decyduje, że jestem Białorusinem. Nie mamy zbyt wiele wspólnej pamięci z Polakami, bo nie pamiętamy I Rzeczypospolitej. Moja rodzina jest rówieśnikiem współczesnej Polski. Obie swe odrodzenie (Polska – po 123 latach niewoli, moja rodzina po bieżeństwie) zaczynały od zera jesienią 1918 roku. Skazane na siebie, nie znały się, nieufne wobec siebie. Oszukane przez historię. Wojna była dla Polski pożywką dla odrodzenia, dla mojej rodziny oznaczała zaprzepaszczenie dorobku wszystkich poprzednich pokoleń. To, co łączyło moja rodzinę i Polskę, to z pewnością nie była miłość, raczej konieczność pogodzenia się. Mogę o tym pisać bez ogródek jako trzecie pokolenie w III RP. To znaczy że się udało, zarówno mojej rodzinie jak i Polsce.

Polacy też byli w bieżeństwie, zarejestrowano blisko milion Polaków. Jednak bieżeństwo zajmuje inne miejsce w polskiej pamięci… Czas I wojny to zakończona sukcesem walka o odzyskanie niepodległości, które stało się najważniejsze w opowieści o tym czasie. Z tego punktu widzenia bieżeństwo nie ma większego znaczenia. Owszem, gdy zaczynają się powroty z Rosji, staje się jednym z ważnych tematów odradzającego się państwa, ale to znika z pamięci…

Polacy o bieżeństwie wiedzą niewiele i nie uznają go za swoją historię. Choć gdy w tym roku zaczęło się o tym mówić, spotkać się również można z diametralnie inną narracją polską , w której bieżeniec to po prostu sybirak, polski tułacz do obcego kraju… Rosja dla Polaków zawsze była państwem obcym, w większej części historii – wrogim. Okupantem, zaborcą. Imperium Rosyjskie przez podlaskich Białorusinów początku XX w. było traktowane jak ojczyzna. Pamiętajmy, że to czas kiełkowania białoruskiej idei narodowej, która dla podlaskiego chłopa oznaczała wspólnotę własnej wsi, kilkunastu sąsiednich i większego miasteczka. To z pewnością wiara przodków, zasady życia społecznego wynikające z pewnych tradycji i przekonań. To również cechy wyróżniające grupę jako społeczność – miejscowy język, wyszywane stroje, kultura. Kontekst jak najbardziej miejscowy, a więc w zetknięciu z żywiołem żydowskim i polskim. Podlascy Białorusini byli jednym z wielu zintegrowanych klocków, z którego zbudowano carską Rosję. To dlatego bieżeństwo oznaczało wyprawę w nieznane, ale mimo wszystko na gruncie pewnej wspólnoty państwowej. To wszystko uległo destrukcji podczas rewolucji bolszewickiej.

Czy w tej sytuacji bieżeństwo może stać się częścią historii współczesnej Polski? Faktem, o którym dzieci będą się uczyć w szkole?

Przeczyłoby to pewnym regułom, które kreują sposób budowania narodowej historii. Na bieżeństwie nie da się przedstawić „polskiego ducha narodowego”, ponieważ exodus nie mógł być przez moich pradziadków postrzegany jako kara za narodowość, jako przejaw wrogości państwa rosyjskiego. Tak mogli uważać Polacy, ewakuowani w 1915 roku z Królestwa Polskiego. Myślę, że w przeważającej większości przypadków z trwogą przyjmowano wieść o zbliżającej się wojnie, a ucieczkę traktowano w kategoriach możliwości przetrwania.

Polacy jako naród to przykład, że można budować narodową tożsamość na traumie i poczuciu krzywdy. Weźmy większość powstań narodowych – choć przegrane, poprzez literaturę tworzyły polskiego ducha.

Bieżeństwo mogłoby się stać takim narodowym mitem dla nas, Białorusinów. Ale nie budowałbym go na poczuciu krzywdy wobec instrumentalnego potraktowania obywateli przez carską Rosję czy też wojennego fatum. Prędzej na witalności i pragnieniu przetrwania, jak również miłości do swojej małej ojczyzny, co determinowało bieżeńców do powrotów.

Co – oprócz pamięci – dziś nam zostało z tego wydarzenia sprzed 100 lat?

Na pewno wiele – w języku, w kulturze, w architekturze. Ciekawe byłyby badania porównawcze np. nazw narzędzi gospodarskich w tych wsiach, które wyjechały i tych, które nie wyjechały… Okazałoby się, ile słów zostało przywiezionych i jak trwała to zmiana. Na pewno zmieniało to też ówczesnych ludzi. Nie jest łatwo to analizować, bo praktycznie relacja osób w sile wieku, które przeżyły bieżeństwo, nie zachowały się. Są głównie relacje ludzi, którzy byli wtedy dziećmi, a pamięć dzieci jest inna, trochę infantylna… Wiedzę na temat bieżeństwa czerpiemy z historycznych dokumentów, fotografii, z relacji uczestników i ich dzieci. W większości relacji ustnych mówimy o tych świadkach, którzy bieżeństwo przeżyli. Martwi w bezimiennych grobach rozsianych wzdłuż szlaków w nieznane jak też szlaków upragnionego powrotu do domu, głosu na temat bieżeństwa nie mają. Warto też o tym pamiętać.

Stulecie bieżeństwa nie kończy się w tym roku. Chciałbym wierzyć, że w najbliższych latach pojawi się szereg wydarzeń nawiązujących do tej historii. Przez cały 2015 roku dla historii bieżeństwa zrobiono prawdopodobnie więcej aniżeli przez ostatni wiek. Jest mnóstwo archiwów, dokumentów, fotografii, które czekają na odkrycie. Jeszcze wiele przed nami.

 

logo

Projekt „Co nam zostało z bieżeństwa” powstał dzięki stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego

Reklamy